Od lipca jestesmy w Kambodzy. Zaczynamy od stolicy - Phnom Penh. Podobnie jak w Laosie, transkrypcje fonetyczne nazw miejscowosci robili Francuzi w czasach kolonizacji, dlatego wiele nazw wyglada jak wyglada i ma sie roznie do rzeczywistej wymowy.
| Demonstracja w centrum PP... |
| ... i jej mimowolni uczestnicy |
Na lotnisku w PP rozglądamy się za kantorem, żeby mieć chociaż na taksówkę. A tu niespodzianka:
W Kambodży funkcjonują równolegle dwie waluty - dolar amerykański i riel (1$=4000r). Zazwyczaj większe sumy płaci się w dolarach, a resztę poniżej dolara dostajemy w rielach. Co ciekawe, bankomaty wypłacają jedynie dolary. I problem kantoru w zasadzie nie istnieje.
Phnom Penh to ogromne miasto bez żadnego transportu publicznego. Umiesz liczyć riele - licz na wlasny rower lub skuter. Umiesz liczyć dolary - licz na tuk tuka, czyli motor z przyczepa. Bez zaskoczenia - sa wieczne korki (sprawdzałyśmy - o 6 rano i 10 wieczorem też).
| Tuk tuk |
Jest jeden wieżowiec w nowoczesnym stylu.
Na rzece obok PP jest spora wyspa, którą łączy ze stałym lądem tylko jeden most - Most Przyjaźni wybudowany przez Japończyków.
W koncu mamy monsunowe ulewy! W jednej chwili z jasnego nieba poleciala sciana wody. To nie jest pogoda na parasol czy kaloszki. To jest pogoda na tratwe.
| Free floating market tour |
Zwiedza się glownie Muzeum zbrodni Pol Pota i Pola Śmierci.
Poza tym Pałac Królewski, Muzeum Narodowe i bazary. Klasyczna stolica - nudnawe miasto przesiadkowe na góra dwa dni.
Wszędzie krążą opowieści o wyrywaczach toreb i plecaków. Nawet z jadącego tuk tuka. Na szczęście nas ta przyjemność ominęła.
| Selfie poziom Master |
Chyba największą zaletą PP była knajpka wylosowana pierwszego dnia w okolicy hotelu. Mała rodzinna restauracyjka bez szyldu, za to z menu po angielsku. Pod sufitem telewizor, w telewizji Cartoon Network bo to pora dobranocki była, a dzieciaki trzeba jakoś zająć.
Zjadłyśmy dwie obłędne zupy rybne, a połowę wołowiny z imbirem wzięłyśmy na wynos bo nie dałyśmy rady, choć zamówiłyśmy wszystkiego małe porcje. A najbardziej smakowała nam herbata jaśminowa podawana gratis do posiłku. Wszystko za całe pięć dolarów.
Zjadłyśmy dwie obłędne zupy rybne, a połowę wołowiny z imbirem wzięłyśmy na wynos bo nie dałyśmy rady, choć zamówiłyśmy wszystkiego małe porcje. A najbardziej smakowała nam herbata jaśminowa podawana gratis do posiłku. Wszystko za całe pięć dolarów.
| Bogactwo! |
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz