czwartek, 31 lipca 2014

Phnom Penh

Od lipca jestesmy w Kambodzy. Zaczynamy od stolicy - Phnom Penh. Podobnie jak w Laosie, transkrypcje fonetyczne nazw miejscowosci robili Francuzi w czasach kolonizacji, dlatego wiele nazw wyglada jak wyglada i ma sie roznie do rzeczywistej wymowy.





Demonstracja w centrum PP...


... i jej mimowolni uczestnicy


Na lotnisku w PP rozglądamy się za kantorem, żeby mieć chociaż na taksówkę. A tu niespodzianka:
W Kambodży funkcjonują równolegle dwie waluty - dolar amerykański i riel (1$=4000r). Zazwyczaj większe sumy płaci się w dolarach, a resztę poniżej dolara dostajemy w rielach. Co ciekawe, bankomaty wypłacają jedynie dolary. I problem kantoru w zasadzie nie istnieje.

Phnom Penh to ogromne miasto bez żadnego transportu publicznego. Umiesz liczyć riele - licz na wlasny rower lub skuter. Umiesz liczyć dolary - licz na tuk tuka, czyli motor z przyczepa. Bez zaskoczenia - sa wieczne korki (sprawdzałyśmy - o 6 rano i 10 wieczorem też).


Tuk tuk


Jest jeden wieżowiec w nowoczesnym stylu.




Na rzece obok PP jest spora wyspa, którą łączy ze stałym lądem tylko jeden most - Most Przyjaźni wybudowany przez Japończyków.

W koncu mamy monsunowe ulewy! W jednej chwili z jasnego nieba poleciala sciana wody. To nie jest pogoda na parasol czy kaloszki. To jest pogoda na tratwe.

Free floating market tour



Zwiedza się glownie Muzeum zbrodni Pol Pota i Pola Śmierci. 



Poza tym Pałac Królewski, Muzeum Narodowe i bazary. Klasyczna stolica - nudnawe miasto przesiadkowe na góra dwa dni.

Wszędzie krążą opowieści o wyrywaczach toreb i plecaków. Nawet z jadącego tuk tuka. Na szczęście nas ta przyjemność ominęła.

Selfie poziom Master



Chyba największą zaletą PP była knajpka wylosowana pierwszego dnia w okolicy hotelu. Mała rodzinna restauracyjka bez szyldu, za to z menu po angielsku. Pod sufitem telewizor, w telewizji Cartoon Network bo to pora dobranocki była, a dzieciaki trzeba jakoś zająć.
Zjadłyśmy dwie obłędne zupy rybne, a połowę wołowiny z imbirem wzięłyśmy na wynos bo nie dałyśmy rady, choć zamówiłyśmy wszystkiego małe porcje. A najbardziej smakowała nam herbata jaśminowa podawana gratis do posiłku. Wszystko za całe pięć dolarów.



Bogactwo!



Niektore zdjecia wykonala autorka bloga. Wiekszosc - Niezastapiony Fotograf Kaczek, Matka.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz