czwartek, 31 lipca 2014

Kompot z duriana

Pierwsze słowo w tytule to oczywiście nazwa popularnego napoju z gotowanych owoców. To w słowniku języka polskiego.Tutaj (wymiennie z Kampotem) jest nazwą miejscowości wypoczynkowej 149 km od stolicy.

Uroki azjatyckich autobusow z klimatyzacja. Tak do Kompotu podrozowali wspolpasazerowie. Te stroje nie sa przesada.



Trzecie słowo z tytulu to słynny Król Owoców (królową jest mangostina). Nie wiem jakim sposobem doszedł do władzy, chyba zabił wszystkich konkurentów kolczastą skórką i niedającym się nie odczuć odorem, przez co z resztą ma dożywotni zakaz wstępu do jakichkolwiek środków transportu publicznego, w tym samolotów. Dość że w calej Azji jest uwielbiany, a poddani płacą spore sumy by delektować się jego miąższem. A w Kompocie wystawili mu nawet pomnik z rondem wokol.




Kampot to w ogole miasto rond. Nie ma mniejszego ronda niz Rondo Dmowskiego i jednoczesnie nigdy nie ma ruchu wiekszego niz w niedzielne popoludnie w Wieliszewie.

Kompot jest przeuroczą mieściną, nigdzie nie idzie się dłużej niż piętnaście minut. Przypomina odrobinę tajskie Chiang Rai. Trzy mosty, bulwar nad rzeką, nocna Aleja Frutszejków, nieczynna stacja kolejowa i kameralne więzienie - czego chcieć więcej?
Prężnie działa kółko ekspatów - wydają bardzo sensowny alternatywny przewodnik po okolicy. A pan elektronik zreperował Matce tablet za... jednego dolara.




















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz