sobota, 19 lipca 2014

Kuala Lumpur

5 dni w KL - i żegnaj bloku bez domofonu

Góra Tabur

Wielka, 300-metrowa góra pod miastem. Pytani miejscowi oczywiście nie mają pojęcia że za ich płotem takie coś wyrosło. Pojechałam żeby przez jeden dzień nie przedzierać się przez miejską dżunglę, tylko dżunglę z liści. I liczylam raczej na relaksującą przechadzkę.
To nie jest góra dla amatorów. Raczej Tatry w mikroskali, serio. Pionowe skały, liny. Pewności dodają urwane metalowe uchwyty mijane po drodze.

Suda i mangożerca

Suda to współlokatorka Matki, nalezaca rowniez do wielkiej podrozujacej rodziny IBM. 
Przed naszym przyjazdem z Wietnamu wypełniała lodówkę indyjskim mango. I nawet mi jedno obrała i pokroila, tak że powstała mangozupa. No wzruszylam się mając dwie mamy przez chwilę.
Dla mangoignorantow mango to mango - duże, żółte i słodkie. Ale w Mangolandii, jaką na pewno są Indie, jest co najmniej tyle odmian, co u nas jabłek.  Dowiedziałam się w końcu jak należy się zabrać do konsumpcji. Można mango jeść jak kiwi/jajko na miękko - łyżeczką. Można też, przy tych mniejszych, poturlać je po blacie, usciskac serdecznie, po czym odciąć czubek i wyssać gotowy mus. Omnomnom.

Na pewno fajnie się czytało, ale teraz możecie spokojnie o tych wskazowkach zapomnieć, gdyż dotyczą one bardzo dojrzałych owoców, czyli w ok 83% nie tych smutków dostępnych w Polsce.

Oczywiscie zaproszenie do Indii na plantację herbaty: jest ☺


Na koniec  dwadzieścia siat i moździerz w zębach czyli wyprowadzka z 18. piętra Pelangi Utama.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz