sobota, 20 września 2014

Leje


Podobno najważniejszy w podróżowaniu jest tajming - być we właściwym miejscu, we właściwym czasie. To mi ostatnio słabo wychodzi. Jestem na Filipinach 7 dni. 2 z nich były bezdeszczne. To dwa dni miedzy jednym tajfunem a drugim.
A ci co oglądają wiadomości wiedzą że po Manili pływa się teraz łódką...

Tego nie zobaczycie w google images


Przewóz osób, towarów i trawy







Menu w jednej z knajp

czwartek, 18 września 2014

All inclusive do grobowca


Odysei Kordylierskiej ciąg dalszy.
Chcąc dostać się z wioski Kabayan do Sagady mamy dwie opcje. Przy obecnym stanie dróg, opcja 1: wrócić autobusem do wiekszego miasta z którego dopiero przyjechalismy (ok 4 h) i tam przesiąść się w autobus do Sagady (ok 5h). Czyli dzień w autobusie, mimo iz wiochy są kilkadziesiąt kilometrów od siebie.
W opcji 2 polegamy głównie na sile naszych mięśni: trzeba przejść wzdłuż nieprzejezdnej, bo remontowanej drogi pod górę do jaskini Timbac, taszcąc oczywiście wszystkie waciki ze sobą. Taki trek zajmuje ok 6 godzin. Potem trzeba jeszcze zejść ok 2 h do czegoś co hojnie określają tu mianem "hajłej" i złapać autobus jadący do Sagady. Kolejne 3 godziny i jesteśmy na miejscu.

Którą opcję byś wybrał/a? Już wiesz? A którą ja wybrałam?


Postawilam oczywiście na hardkor i masochizm. Ale w praktyce nie uzylam żadnej z powyzszych opcji.


Na dobry początek oczywiście śniadanie. Pankejki i czarna kawa, którą pije się tutaj jak wodę. Stoi w termosie w każdej knajpie i jest za darmo do posiłków. No i jest eko vege i fertrejd z lokalnej plantacji. Do tego cukier - standardowy jest brązowy. 

Wyruszyłam wcześnie rano by dać sobie jakiekolwiek szanse na dotarcie do celu przed zmrokiem. Poprzedniego dnia odchudzilam nawet plecak o całą siatę ciuchów i różnych przydasiów, których nie użyłam od początku wyjazdu (Kiedyś napewno zostanę minimalistką! Kiedyś.) 
Gdy doszłam do Góry Właściwej już wiedziałam że czeka mnie albo zgon, albo spektakularna kapitulacja. Dlatego postanowilam że zanim to nastapi zjem chociaż ostatnią bułkę cynamonową. Nadszedł ten moment. Już zapięłam ostatnią klamrę, podciagnęłam skarpety, poprawiłam paski i już już miałam ruszać, gdy nagle słyszę znajome "Where are you going?" 
Nie wzruszyło mnie to zanadto, bo słyszę to pytanie kilkanaście razy dziennie, a pytający często nawet nie są zainteresowani odpowiedzią. Więc rzucam niechętnie "Timbac cave". Pacze, a na drodze stoi to:



A z Tego wychyla się pan i mówi: " To może chcesz jechać ze mną, bo ja właśnie tam jadę?"
Dobry jeżu, czy chcę? Zatkało mnie zupelnie, no bo jak to - mówili że nieprzejezdna, że nawet motorem.. Ale szybko zebrałam szczękę z ziemi i zaladowalam się do jeepa.
A pan okazał się być inżynierem odpowiedzialnym za jeden z odcinków remontowanej drogi. Także wzięłam udział i w inspekcji budowy :)

To jest ten lepszy i gładszy odcinek drogi.



W kanciapie filipińskich robotników. Przyznacie, całkiem dobra pionierka.




Jaskinia Timbac

Okoliczne plemiona słynęły niegdyś z mumifikowania swoich zmarłych. Był to proces długi i kosztowy, a w przeciwieństwie np do mumii egipskich konserwowano także organy wewnętrzne nieboszczyka.


Jak się to zwiedza? Bierze się klucz od pani z domku na górze. Wpisuje się do Księgi. Przytakuje się na komunikat: proszę nie robić zdjęć z fleszem. I już. Dwóch malutkich jaskiń pełnych drewnianych trumien strzegą w sumie trzy chińskie kłódki.
A to wszystko po niedawnej aferze z kradzieżą mumii i jej wywózką za granicę.


Znowu mnie budzą te turysty!

Uderzające podobieństwo...






Jeszcze więcej dziwów (cuda później)





Wg statystyk kraj w 95 procentach katolicki - podobnie jak Polska. Ale podobnie jak w Polsce wiele tych procentów jest tylko na papierze. Większość kościołów które napotykam jest protestancka, a ludność generalnie przesadnie fanatyczna nie jest.













To jest jeepney, podstawowy środek transportu krótkodystansowego. Z końskim pozdrowieniem dla Ewy :)



Dzień jak co dzień - coś się urwało, coś nie styka... Dobrze że na stacji i pod dachem. Niewiele jest tu pojazdów młodszych ode mnie :/









Marian, cytrynę potrzebuję!

Kordyliery od świtu do zmierzchu



Wstajemy przed 2, żeby o 5.45 być (dosłownie) nad morzem: morzem chmur na trzecim najwyższym szczycie Filipin: Mt Pulag.








Na szczycie rosną karłowate bambusy - takie krzaczki jak sprzedają w IKEA.






Po zejściu trzeba wsiąść w autobus do sąsiedniej wioski i tam zakończyć dzień w jaskini. Dodam że jaskinia jest w centrum miasta, na terenie prywatnej posesji, a dokładnie nad nią zbudowano dom.


A tak wygląda wnętrze:





Miłych snów!

Filipiny: pierwsze wrażenia












Takie oto były widoki.
I tyle mniej więcej mam do powiedzenia na temat Filipin, bo przez pierwsze trzy dni w tym zacnym kraju oglądałam głównie przejście tajfunu. Zza szyb centrum handlowego w Manili i autobusu jadącego na północ, ku Kordylierom.

Toaleta dla zdecydowanych




Jaka potrzeba, taka opłata. Za to studenci i starsi państwo mogą liczyć na 20% zniżki.






Medan z kanapy

Medan - największe miasto na Sumatrze. Kilka (kilkanaście?) milionów mieszkańców. Całkiem dobry system marszrutek, koszmarne korki i ogólna wyższość KFC nad McDonaldem.
Miasto pomógł mi oswajać Hendra - host wyszukany przez couchsurfing.org. Trafilam akurat na piątkowy wieczór i imprezę z okazji ukończenia studiów: Hendra będzie farmaceutą, jak tylko zrobi praktyki. A na razie uczy angielskiego i japońskiego, i całkiem dobrze mu płacą.
Także byłam na indonezyjskim grillu połączonym z gitarowaniem. Dobrze się gra za granicą, bo  jak czasem się przyznam że umiem, to gram oczywiście tylko polskie piosenki (patriotycznie!) a jak pomylę chwyty albo tekst to w zasadzie nie będzie pomyłka tylko aranżacja jazzowa bo nikt się nie zorientuje :) 
W ogóle z moich spostrzeżeń Indonezja jest rozspiewana - w wielu miejscach ludzie tak spędzają wspólnie czas. Nie mówiąc już o grajkach, którzy wsiadają do autobusów międzymiastowych i czasem uatrakcyjniają, a czasem "uatrakcyjniają" podróż.

A wracając do grilla - oni wiedzą jak się do tego zabrać. Były genialne rybki, owoce morza i kurczak, oczywiście z ryżem, i 0 sztućca :) A najlepszy był sprzęt - nie obraca się pojedynczych rybek, tylko na raz cały ruszt. Nie wiem czemu u nas nikt na to nie wpadł. Acz to rozwiązanie wyklucza wszelkie tacki i cukinię w plasterkach.





Dzień drugi w mieście Medan: mustsees









Po zwiedzaniu przyszła pora na lancz. Zajechalismy do restauracji przy polu golfowym. Było ciekawie.


Ten słoń napewno nie jest ani spokojny, ani syty, ani zadowolony.








Może wygląda odrobinkę jak wymiociny, ale w rzeczywistości jest najlepszym szejkiem ever: mango, ananas, marakuja i papaja z lodami waniliowymi i żelkami.
Wypiłam dwa, bo pewnie nie prędko znajdę coś choćby zbliżonego (smutek :()






Tak. To jest burger z ryżu.





Picie w słojach. Ja chcę takie w Warszawie (i najlepiej za taką cenę)!
A Hendra już sam nie jest pewny czy wszystko o fotografował i czy można zacząć jeść :)





Można siedzieć w wannie godzinami. Ekologicznie :)









Chińczyk w Indonezji

Major Tjong a Fie - wujaszek Cheonga Fatt Tze, dobrze znanego niektórym chińskiego przedsiebiorcy od Blue Mansion na Penangu - pozostawił po sobie w Medanie willę. A właściwie po nim pozostawiło ją UNESCO. Fie handlował tytoniem, dając zatrudnienie prawie całemu miastu. Miał rezydencje w kilku miastach południowej Azji, a w każdej z nich osobną żonę - w końcu przedsiębiorczy był z niego człowiek.
Olbrzymia przestrzeń, przepiękne wnętrza i genialne rozwiązania chłodzące - uczta dla oka.










Takie "kwiatki" można znaleźć w willi - nikt się specjalnie nie przejmuje mieszaniem eksponatów z różnych epok...

wtorek, 9 września 2014

Palm deficiency



Zauważyłam że jakoś mało palm na blogu wystąpiło dotychczas. Żeby nie było że ja bloga z Mazur piszę...




Ponadto, obiecane pozdrowienia dla Marty :)
I coś dla przedsiębiorczych. Lub magistrów turystyki i rekreacji, lub innego handlu dobrem wszelakim, którzy szukają swej drogi.
Dostrzegam poważną niszę na rodzimym rynku. Czyż nie marzyliscie zawsze o truskawkowych japonkach?


Jako gratis do dżemu na przykład? Nawet hipsterzy jeszcze nie wiedzą, że muszą to mieć!


Alternatywnie, o wielkiej pluszowej stopie?



Święta tuż tuż, a magazyny pustoszeją!