sobota, 25 października 2014

Koniec balu na Kinabalu

Także ten. Cztery tysiące z haczkiem zaliczone. Tlenu troszkę brakowało, ale nie tak jak miejsca na szczycie.
Komentarz człowieka z mojej grupy, który podobno już parę pagórków w życiu zdobył: Jeszcze nigdy nie widziałem na szlaku tak wielu wspinaczy kompletnie bez kondycji. I coś w tym jest.
Ja miałam raczej skojarzenia z kurortem narciarskim. Dostalismy (a raczej kupilismy za ciężkie ringitty) imienne skipassy na smyczy, do szlaku podjechalismy skibusem. Niektórzy odziani byli w kurtki narciarskie, rękawiczki i uzbrojeni w kijki. Pod szczytem odpoczynek i nocleg w Huete. Ceny też alpejskie.





Tym razem zamiast ptaszków - kwiatki.
Za krótka deska czy za krótki kurs angielskiego?

Hostel jak hostel. Tyle że zbudowany na 3727 m n.p.m. na terenie bez dostępu do drogi. Także wszystkie te ściany, łóżka, kołdry, kazden jeden kubek w szafce przyszły tu na nogach tragarzy...




Więzienie? Kontrola celna? Nie, to brama na szlak na Kinabalu.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz