Z wymienionych wcześniej powodów dostawa szczegółowszych relacji jak się ślimaczyła, tak się dalej ślimaczy.
Po wyjeździe z Siem Reap dotarłyśmy do Rangunu (zwanego Yangoonem) - stolicy Birmy (lub Myanmaru, ale sami obywatele wolą tę pierwszą nazwę). Stolica obficie polała nas deszczem i szybko wypędziła do Mandalay - jednej z wielu bylych stolic. Dalej na północ Plyn Oo Lwyn: prawdopodobnie najpiękniejszy park/ogród botaniczny w ogóle, może śmiało konkurować np z Singapurem, a Singapur to nie pierwsza liga - to ekstraklasa.
Po tych paru dniach zatesknilysmy za starymi kamieniami. Przyszedł czas na Bagan, czyli tutejszy Angkor Wat, z tym że położony bardziej na pustyni niż w dżungli (były kaktusy). Są też bardzo skuteczni sprzedawcy dóbr wszelakich. Gdyby nie ja, Matka do dzisiaj dopinałaby walizkę. Z Baganu do Kelawu - wioski z której wyruszają piesze wędrówki przez góry nad jezioro Inle. Kolejne trzy dni były niesamowite - wędrówka wśród pól ryżowych, absolutnie genialne jedzenie na modłę indyjską - curry dyniowe rządzi. Nocleg w wiosce w chatce na palach, a drugi w starym monastyrze. W tej kulturze to możliwe - w świątyni można jeść, spać, grać w gałę, kręcić bączki, a wieczorem obejrzeć z mnichami birmańską "Brzydulę". Nie wolno tylko siedzieć ze stopami skierowanymi bezpośrednio w stronę wizerunku Buddy.
Po trzech dniach bez bieżącej wody wpływamy łodzią na jezioro Inle. Kolejne dwa dni leczymy zakwasy i pedałujemy po okolicy. Zdecydowanie nie jestem koneserem wina, ale wino birmańskie z definicji musi być szczytem hipsterki. A pite w winnicy z widokiem na jezioro, do której własnonożnie się wdrapałeś, jest poza wszelką skalą, bez względu na subiektywne wszak doznania smakowe.
Półtora dnia na reset w KL - pranie, pakowanie, pożegnania i rozstania: jedni polecieli do Warszawy, drudzy na Bali.
Drudzy spędzili dzień w Sanurze, kurorcie "z ludzką twarzą".
Pierwsze wrażenie? Czyste, żywe kolory, jak z reklam drukarek. Praktycznie każdy kto ma kontakt z turystami mówi po angielsku. Ale nie to że liczebniki - B1 to standard. I tak jak dzieci w Kambodży miały do perfekcji opanowane słówko "helooo!!!", tak na Bali potrafią do tego zapytać dokąd idę, jak mam na imię i skąd jestem. Jest czysto, a przynajmniej czysciej. Acz dziury na wyspie dawno nie widziały drogi.
Okazuje się też, że można w Azji zrobić kanapkę z dojrzałym pomidorem. Co więcej, zrobić ją z bajgla! Bo lokalne żarcie lokalnym żarciem, ale jak przez miesiąc codziennie jesz smażony ryż, a na śniadanie jest jajko i tosty to zaczynasz marzyć o pizzy i owsiance. I tutaj to jest możliwe.
Zdjęcia z Birmy dotrą na bloga być może w ciągu tygodnia, jeśli balijskie technologie pozwolą.
Dzisiejsza i wczorajsza noc na wyspie Lembongan - trzeba bardzo dużo razy kliknąć plusik w Google maps żeby ją dojrzeć. Ale wystarczy w Sanurze wsiąść na prom i można nawet dotknąć.
wtorek, 19 sierpnia 2014
Bali się balii i bali na Bali
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz